Chińska triada - Karol May
Poszedł za mną i wydostawszy z szerokich rękawów swego kaftana materiały piśmienne, zasiadł i z powagą zapytał:
- O czym chcesz pisać na pierwszy stopień?
Zamyśliłem się na chwilę i wybrałem sobie temat geograficzny, który mógł mnie przed nieznanym aeropagiem przedstawić w najle-pszym świetle.
- Wybrałem sobie tytuł „Nian-jan-kui-tse”, co znaczy „Historia diabłów zza morza Zachodniego”. Czy zgadzasz się na ten temat?
- Owszem. Rzecz może być ciekawa i zapewnić ci sławę.
Nie namyślając się dłużej zacząłem dyktować. Kong-ni pisał szybko jak maszyna, tak że chwilami nie mogłem nadążyć, tym bardziej, że moja znajomość chińskiego nie była tak gruntowna, aby mi to nie sprawiało trudności i nieraz musiałem ucieka~ się do pomocy młode-go mandaryna. Na drugi stopień napisałem „Pen-tsao-y-jin” to jest „Historię ludów obcych”, chodziło o narody inne niż Chińczycy, a na trzeci „Hio-hian-ti” czyli „Studium o niebie i ziemi”.
Kong-ni zdumiony był ogromem posiadanych przeze mnie wiado-mości, ja zaś stałem skromnie, śmiejąc się w duszy z owych bezładnie zebranych i nawet nie powiązanych ze sobą zdań, tworzących owe wspaniałe Gwiczenia. Jestem przekonany, że każdy przeciętny Euro-pejczyk, już przy dwudziestej stronie zacząłby przypuszczać, że autor tego wiekopomnego dzieła jest już, albo w najbliższej przyszłości dostanie się do czubków.
Byliśmy właśnie zajęci składaniem kartek rękopisu, gdy wszedł kapitan.
- Charley! Niech mi pan pomoże! Prosileś, aby ci nie przeszka-dza~, ale ja sobie nie mogę dać rady z tym urwisem.
- Z jakim urwisem?
- Nie wiem. Przyjechał przed godziną z najrozmaitszymi paczka-mi i pakietami, wszedł na pokład i mówi coś, czego w żaden sposób zrozumieć nie mogę. Jeszcze raz go zapytam i zobczysz, że prócz tych dwóch wyrazow „kwak-fu” i „koń-ca” nic z niego wydobyć nie można. Wyszedłem za kapitanem. Na pokładzie, przy burcie stał poważny Chińczyk i niespokojnie spoglądał dokoła.
- Czegong chceszeng tutang? - zwrócił się ku niemu kapitan
-Kuang fu -brzmiała krótka odpowiedź.
- Kwak-fu, słyszy pan! - powtórzył kapitan, po czym zwrócił się znowu do Chińczyka.
- Dokong chceszeng jechang?
-Kom-tsza!
- Koń-ca! No widzi pan, czy nie miałem racji?
- Zapewne. ‘I~n człowiek mówi rzeczywiście bardzo źle, ale po-staram się zrozumieE jego mowę - odrzekłem, powstrzymując wy-buch śmiechu. - Kwak-fu, czyli kccang fu znaczy mandaryn, widocz-nie więc szuka naszego Kong-ni, który siedzi w kajucie.
- Dobrze, a co to znaczy koń-ca?
-Kom-tsza ma rozmaite znaczenie, najczęściej jednak używa się go dla określenia podarunku. Najlepiej objaśni nam to sam Kong-ni, 59 który właśnie nadchodzi.
Rzeczywi~cie młody mandaryn stanął w tej chwili na pokładzie. Dostrzegłszy Chińczyka dał mu jakiś znak, na który ten natychmiast spuścił się do łodzi i przynibsł stamtąd owe paczki i pakiety.
- Kuang-si-ta-sse - zwrócił się do mnie młodzieniec - uratowa-łeś mi ‘.rycie i wyleczyłeś mi rękę, tak że mogę nią znowu władać. Winny ci jestem wdzięczność. Zrób mi łaskę i przyjmij ode mnie ten skromny podarunek!
Wskazał ręką na paczki, które Chińczyk położył przede mną i zwrócił się do kapitana:
- Tu-re-ne-sti-ki, przyjąłeś mnie na swój statek, karmiłeś, poiłeś nie pytając, czy ci będę mógł zapłacić. Jesteś bardzo szlachetny i dobry, zechciej przyjąć ten podarunek za wszystko co dla mnie uczyniłeś!
- Dobrze! - odrzekł wzruszony kapitan. - Jesteś poczciwym chłopcem. Przyjmuję twoje podarunki, aby ci okazać, że cenię twoje dobre chęci, zrób mi tylko tę łaskę i nazwij mnie raz porządnie Frick Turnerstick, a nie żaden Tu-ru-nu-ku-su-mu-lu. A jeśli gwałtem chcesz mnie nazywać po chińsku, to przynajmniej mów jak się należy Fricking Turnerinsticking.
O mało nie wybuchnąłem śmiechem, ale kapitan mówił z taką powagą, z takim przekonaniem o swojej gruntownej znajomości ję-zyka chińskiego, że nie miałem serca wyprowadzać go z błędu, tym bardziej, że postanowiłem czuwać, aby go ta znajomość chińszezyzny nie wtrąciła w jakieś poważne kłopoty.
Widząc, że odmowa przyjęcia podarunków równałaby się śmiertel-nej obrazie, nie robiłem najmniejszych ceremoni i serdecznie podzię-kowałem młodemu mandarynowi.
- Muszę teraz odjechać, - rzekł - ale wrócę do ciebie. Czy będziesz tutaj czekał?
- Kiedy wrócisz?
- Za sześć dni.
- Nie mogę tak długo siedzieć na statku. Zrobię prawdopodobnie 60 kilka wycieczek i pojadę do Kantonu.
- Sam?
- Nie razem z kapitanem.
- W takim razie przyjmij ode mnie jedną radę, jeżeli pozostanie-cie w swych ubraniach zwiedzajcie tylko te miejsca, które są dozwo-lone dla cudzoziemców.
- Czy groziłoby nam niebiezpieczeństwo, gdybyśmy przeszli za-kreślone granice?
- ‘Idk. Policja ma obowiązek chwytania każdego cudzoziemca i stawiania go przed sądem.
- W takim razie ubiorę się po chińsku.
- Zrób to, -odrzekł ze śmiechem -wtedy będziesz mógł chodzić wszędzie. Mówisz naszym językiem i jeżeli będziesz nosił warkocz, nikt cię nie weźmie za cudzoziemca.
- Czy można dostać tutaj warkocz?
- Tyle i tak długich jakie tylko będziesz chciał. Ale pomimo to strzeż się piratów rzecznych i służby boga wojny, gdyż ci są bardzo wrogo usposobieni do obcych.
- Piratów strzec się mogę, ale dlaczego mam się obawiać świątyń i służby boga wojny?
- Dowiesz się później. Tymczasem, abyś do mojego powrotu nie był narażony na żadne niebezpieczeństwo, weź ten talizman i noś go na szyi. Gdybyś się dostał w ręce piratów pokaż go im, a przyjmą cię jak przyjaciela.
Z tymi słowami zdjął z szyi łańcuszek zrobiony z nanizanych ziare-nek jabłek, na końcu którego wisiał medalion z pestki moreli. Była to rzecz niezmiernej wartości, dowodząca zarazem jakiejś nadludzkiej cierpliwości Chińczykow. Każde ziarenko jabłka przedstawiało ma-leńką łódkę, w której siedział jeden rycerz i dwóch wioślarzy. Z pestki morelowej cierptiwy snycerz wyrzeźbił wojenną dżonkę, w której pod baldachimem siedziało ośmiu wioślarzy i mandaryn z otwartym w ręku parasolem. Łańcuch ten, który trzymałem mógł mnie kosztować 61 najwyżej jakieś dwa dolary, podczas gdy w Europie za coś takiego zażądanoby na pewno ogromnych sum. Dlaczego jednak znak ten miał być moim talizmanen, na wypadek spotkania piratów? Wygląda-ło to tak, jakby młody mandaryn był w przyjaźni z tymi niebezpieczny-mi ludźmi,